wtorek, 7 października 2014

Momentalne wspaniałości.

Aby moja życiowa tendencja do tworzenia wszelkiego rodzaju list i podsumowań została zaspokojona, przychodzi czas na wybranie kilku  scen, będących w moim skromnym mniemaniu idealnymi. Jeśli nie lubicie więc drobnych spojlerów rzeczywistości, chociaż tej filmowej, uciekajcie jak najdalej z tego miejsca. Zakładam jednak, że za nimi przepadacie, a zresztą jedno ujęcie jest tylko drobnym ziarenkiem całości. A ono czasem może się przydać by odkryć coś zupełnie nowego i ciekawego.

  1. Teoria wielkiego wybuchu. Fight club.
    Wybór jednej sceny z filmu, który zdaje się być zlepkiem geniuszu stanowi zadanie dość karkołomne. Jeśli już jestem zmuszona do zamówienia tylko jednego deseru z karty, którą pochłonęłabym w całości, moja wyliczanka wskazuje to:

źródło:tumblr

Czy jest coś w większym stopniu idealistycznego i nierzeczywistego niż oglądanie upadku cywilizacji, stojąc w oknie wieżowca, z posiadającą mroczne alter ego, a może nawet chorobę dwubiegunową, drugą połówką? Do tego dodajmy jeszcze wisienkę na torcie w postaci najlepszego utworu Pixies. Gdzie się podział mój umysł?

  1. Deszczowa piosenka. Breakfast at Tiffany's.
    Od zawsze twierdzę, że wielkie miasta zatopione w deszczu wyglądają zjawiskowo. A jeśli tym miastem jest Nowy Jork, to możemy być już niemal pewni, że otrzymamy coś ponadprzeciętnego. Piękna sceneria jest jednak tylko jednym z wielu plusów mojej ulubionej sekwencji w „Śniadaniu”. Turbulencji emocjonalnych i spazmatycznych zachowań również nie brakuje. Jestem absolutnie zakochana w monologu pana Paula, który sprawia, że mury tkwiące w pozornie nieczułej damie, dumnie palącej papierosa w taksówce, burzą się w drobny mak. Najważniejszy w tym wszystkim jest jednak kot o imieniu Kot. I chwała Bogu, że się znajduje, bo sytuacji odwrotnej nigdy nie wybaczyłabym twórcom, a produkcja zostałaby zrzucona w odmęty filmowego niewypału. A dzięki temu zakończeniu może stać na najwyższej półce mojego wyimaginowanego filmozbioru. Faktycznie, trąca to wszystko słodkim niczym wata cukrowa banałem. Czasem jednak przychodzi i ochota na watę.



     
    źródło:tumblr
  1. Pociąg zwany Nibylandią. Finding neverland.
    Świadomie uznaję to dzieło filmowym odkryciem miesiąca. Swoją drogą, niesamowicie trudno oderwać jeden moment od tej magicznej całości, tak samo jak trudno dostrzec słonia pożartego przez węża boa.
 
źródło:tumblr

Do rzeczy jednak. Chyba najlepszym odzwierciedleniem tego dzieła jest moment, gdy granica między światem rzeczywistym, a utopią głównego bohatera zaciera się. Niby stoimy razem z nimi w salonie, a jednak jesteśmy już jedną nogą w dziecięcej krainie. Witamy się z elfami, rusałkami i strzygami leśnymi. Efekty specjalne „Marzyciela” to oddzielna rzeka, jednak składam hołd twórcom, za to, że nie zmienili ich w chamski i przerysowany dodatek, tylko idealnie wpasowującą się część całości. A pozornie niewiele znacząca chwila, gdy państwo Barrie rozchodzą się do swoich pokojów, a właściwie dwóch różnych światów jest idealnym przejawem dopracowania w każdym szczególe. Wydaje mi się, że to w nich przejawia się mistrzostwo.

finding neverland - 
 źródło:tumblr
  1. Smacznego. The Silence of the Lambs.
    Pana Hannibala Lectera przedstawiać chyba nie muszę. Mamy tutaj przykład dość osobliwego geniuszu, bo człowieka który nie wykorzystuje go do ratowania kotków z drzew i przeprowadzania starszych pań przez ulicę. Fascynująca jest to, jak cienka bywa granica między nadzwyczajnością, a szaleństwem, zdolnościami, a wypaczeniem. Nie mogę sobie wprost wyobrazić jak Hopkins z taką wiarygodnością odegrał rolę Lectera. A kiedy Hannibal opowiada o swoich nawykach żywieniowych, jednocześnie mam ochotę bić brawo jak i uciec z pokoju z odruchem wymiotnym. Wątroba ludzka i bób to wprost ideale połączenie dla naszego uroczego bohatera. Dobrze przynajmniej, że ten jakże smakowity obiad popija chianti.
       

     źródło:tumblr

  2. Życie toczy się dalej. Perfect sense.
    Chyba przejawiam jakieś nie do końca zdrowe zamiłowanie do filmowych apokalips. Ta jest jednak zupełnie wyjątkowa i ile razy na nią spoglądam, wnętrzności mi drżą, a po plecach przechodzą zastępy ciarek. I tak się czasem zastanawiam, co musiałoby się stać, aby na tym świecie, przytrafiłby się chociaż moment bezgranicznej akcteptacji i miłości, a ścieki nienawiści wyschłyby na chwilę. Wizja zbyt nierzeczywista, powie każdy. Tak czy owak, scena zupełnej ciemności, wzbogaconej jedynie cudownym głosem Evy Green, porusza najlepsze obszary wyobraźni. Zresztą, nie tylko wyobraźni.


     
     źródło:tumblr

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz