Stało się, niestety. Z bólem serca i
ogromem melancholii jesteśmy zmuszeni do pożegnania odchodzącego
lata i ciągnącej się wraz z nim historii. Nadchodzą czasy
nieustającego mroku, zimna i zakładania swetrów, w moim
przypadku w ilościach hurtowych. I po cóż poruszać tak trywialne
tematy, kiedy zmiany pór roku to sprawa czysto naturalna i przewidywalna? Właściwie to nie mam pojęcia, lubię sobie czasem
pomyśleć o takich sentymentalnych pierdołach, które pozwalają
człowiekowi zatrzymać się i dostrzec ulotność chwil, także tych
minionych. I przez krótki momencik pozachwycać się zmiennością
przyrody, która podobnie jak życie serwuje nam wiele niespodzianek.
Taki to przyjemny i puszysty niczym puchaty króliczek banał. Wydaje
mi się jednak, że czasem niezwykle ich potrzebujemy, aby choć na
sekundę wyjść z labiryntu swoich problemów, niesnasek i tak po
prostu zanurzyć się we własnym bycie. Dostrzec stałe niestałości
egzystencji, zobaczyć jak deszcz spazmatycznie walczy ze szklaną
powierzchnią, albo jak liście spadają z drzew, pozostawiając je
zupełnie nagimi i bezbronnymi.
To dość miłe zjawisko, kiedy
wreszcie można bezkarnie owijać się kocem i spożywać ciepłe
kakao podczas długich wieczorów. I równie zadowalający wydaje się
fakt, że wczesnym rankiem gapisz się w deszczowy krajobraz, by
uroczyście stwierdzić, iż to pierwsza jesienna kawa. Doskonale
zdajesz sobie sprawę z tego, że będzie ciężko, ale jednocześnie
wiesz, że nie można ograniczyć się jedynie do przetrwania burz.
Trzeba wciąż uczyć się tańca w deszczu.
źródło:tumblr
Mój dajmonion mówi mi, że to będzie
magiczna jesień.

