Przepadam za obserwacją tych małych
ludzików. Lubię wyobrażać sobie kim będą w przyszłości, jakie
błędy popełnią i ilu osobom złamią serce. Ale póki co stanowią
znakomitą próbę badawczą, która pozwala zauważyć jaką smutną
drogę przebywa człowiek.
Rodzimy się czyści niczym biała
kartka. Początkowo jest ona zamalowywana pastelowymi, delikatnymi
barwami, aby w końcu wejść w okres burzliwej młodości, kiedy to
intensywność pewnych kolorów aż razi po oczach. Wcześniej czy
później dzieje się jednak coś strasznego, a mianowicie nastaje
szarość. Obojętniejemy, mętniejemy, nie zauważamy tego, co w
przeszłości wywoływało w nas skrajne emocje. Zamieniamy się w
manekiny, które potrafią jedynie wzruszać ramionami, a do
chwilowego wyjścia ze swojego codziennego zblazowania potrzebują
coraz to większych impulsów. Kiedyś wystarczyła tylko budowla z
klocków, a teraz żeby się uśmiechnąć musimy uchlać się niczym
dzika świnia. Straszne to, przerażające wręcz.
Na początku świat wydaje się wielki,
niezbadany i nieprzemierzony, ale jednocześnie prosty i pełen wielu
kolorów. I ta ciekawość i wyobraźnia, towarzysząca każdemu
dziecku to wielki dar, który na drodze życia gubi większość z
nich.
Cudownie jest myśleć, że po
zjedzeniu pestki w brzuchu wyrośnie drzewko, wróżka Zębuszka
zasili naszą świnkę skarbonkę, a szczypiorek wcale nie rośnie z
cebuli, tylko w magicznych okolicznościach pojawia się w trawie.
Przylot samolotu zwanego dorosłością zabiera nam jednak brutalnie
te, jak i inne złudzenia, bo przecież to irracjonalne, głupie i
dziecinne. Nie wypada już wierzyć w Mikołaja i nosić buty
świecące przy każdym kroku, tak samo jak nie wypada być ciekawym
świata człowiekiem, podchodzącym ze świeżością i
zaangażowaniem do każdego dnia.
W dobrym tonie jest natomiast
narzekanie, wieczne niezadowolenie i twierdzenie, że świat jest
niesprawiedliwy i wypełniony złem. Faktycznie, nie żyjemy w
krainie purpurowych motyli, nieraz tarzamy się w bagnie, a życie
nas nie oszczędza, ale po co sobie dokładać? Nie da się udawać,
że całe zło nie istnieje, bo nie da się zresetować umysłu do
poprzedniego, idyllicznego stanu zwanego dzieciństwem, ale zawsze
można próbować dostrzegać te świecące w otchłani chaosu
pozytywy.
Rozmawiając czasem z samą sobą,
zadaję sobie pytanie czy jestem dorosła. Bo przecież dowód i
prawo jazdy (w większości przypadków), nie świadczą o
jakiejkolwiek dojrzałości. Czy zatem stałam się już tą szarą
maszyną, czy jeszcze jest stoję przed tą barykadą? Chciałabym
wierzyć, że przez całe życie uda mi się zachować w sobie
jakiekolwiek pozostałości z tęczowych lat, kiedy krojenie
dżdżownic było czystą, choć nieco niehumanitarną zabawą, a nie
zmuszało do rozmyślania o detoksykacji glinokrzemianów, jaka
zachodzi w ich organizmach.
Tak poza tym, idealnym wręcz
podsumowaniem mojej rozkminy, a jednocześnie inspiracją do niej
jest film, który udało mi się obejrzeć dzięki objęciom
przeziębienia w których się znalazłam. „Marzyciel” opowiada o
człowieku, który postanowił, że pójdzie pod prąd dorosłości i
swoje życie podporządkuje pozornie niepoprawnej i śmiesznej idei.
Reasumując, miło jest czasami cofnąć
się do mentalnego przedszkola i zamiast zgłębiania tajników
mechaniki kwantowej, porozczulać się nad głupotami. Bądźmy
poważnymi dorosłymi wtedy, kiedy życie od nas tego wymaga,
natomiast w wolnych chwilach puśćmy wodzę fantazji i dajmy się
czasem ponieść tej fali. A jeśli coś sprawia Ci przyjemność, to
nie daj sobie wmówić, że to głupie, dziecinne i bez sensu. Bo co
niby jest złego lub szkodliwego w zamiłowaniu do dinozaurów,
tendencji do nadawania imion kaktusom, albo planowaniu przejażdżki
na alpace? Nic. Dlatego właśnie nie powinniśmy zabijać w sobie
tych małych stworzonek.
źródło:tumblr

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz