środa, 15 października 2014

Do dzieci małych i dużych.


Przepadam za obserwacją tych małych ludzików. Lubię wyobrażać sobie kim będą w przyszłości, jakie błędy popełnią i ilu osobom złamią serce. Ale póki co stanowią znakomitą próbę badawczą, która pozwala zauważyć jaką smutną drogę przebywa człowiek.

Rodzimy się czyści niczym biała kartka. Początkowo jest ona zamalowywana pastelowymi, delikatnymi barwami, aby w końcu wejść w okres burzliwej młodości, kiedy to intensywność pewnych kolorów aż razi po oczach. Wcześniej czy później dzieje się jednak coś strasznego, a mianowicie nastaje szarość. Obojętniejemy, mętniejemy, nie zauważamy tego, co w przeszłości wywoływało w nas skrajne emocje. Zamieniamy się w manekiny, które potrafią jedynie wzruszać ramionami, a do chwilowego wyjścia ze swojego codziennego zblazowania potrzebują coraz to większych impulsów. Kiedyś wystarczyła tylko budowla z klocków, a teraz żeby się uśmiechnąć musimy uchlać się niczym dzika świnia. Straszne to, przerażające wręcz.

Na początku świat wydaje się wielki, niezbadany i nieprzemierzony, ale jednocześnie prosty i pełen wielu kolorów. I ta ciekawość i wyobraźnia, towarzysząca każdemu dziecku to wielki dar, który na drodze życia gubi większość z nich.


Cudownie jest myśleć, że po zjedzeniu pestki w brzuchu wyrośnie drzewko, wróżka Zębuszka zasili naszą świnkę skarbonkę, a szczypiorek wcale nie rośnie z cebuli, tylko w magicznych okolicznościach pojawia się w trawie. Przylot samolotu zwanego dorosłością zabiera nam jednak brutalnie te, jak i inne złudzenia, bo przecież to irracjonalne, głupie i dziecinne. Nie wypada już wierzyć w Mikołaja i nosić buty świecące przy każdym kroku, tak samo jak nie wypada być ciekawym świata człowiekiem, podchodzącym ze świeżością i zaangażowaniem do każdego dnia.

W dobrym tonie jest natomiast narzekanie, wieczne niezadowolenie i twierdzenie, że świat jest niesprawiedliwy i wypełniony złem. Faktycznie, nie żyjemy w krainie purpurowych motyli, nieraz tarzamy się w bagnie, a życie nas nie oszczędza, ale po co sobie dokładać? Nie da się udawać, że całe zło nie istnieje, bo nie da się zresetować umysłu do poprzedniego, idyllicznego stanu zwanego dzieciństwem, ale zawsze można próbować dostrzegać te świecące w otchłani chaosu pozytywy.

Rozmawiając czasem z samą sobą, zadaję sobie pytanie czy jestem dorosła. Bo przecież dowód i prawo jazdy (w większości przypadków), nie świadczą o jakiejkolwiek dojrzałości. Czy zatem stałam się już tą szarą maszyną, czy jeszcze jest stoję przed tą barykadą? Chciałabym wierzyć, że przez całe życie uda mi się zachować w sobie jakiekolwiek pozostałości z tęczowych lat, kiedy krojenie dżdżownic było czystą, choć nieco niehumanitarną zabawą, a nie zmuszało do rozmyślania o detoksykacji glinokrzemianów, jaka zachodzi w ich organizmach.

Tak poza tym, idealnym wręcz podsumowaniem mojej rozkminy, a jednocześnie inspiracją do niej jest film, który udało mi się obejrzeć dzięki objęciom przeziębienia w których się znalazłam. „Marzyciel” opowiada o człowieku, który postanowił, że pójdzie pod prąd dorosłości i swoje życie podporządkuje pozornie niepoprawnej i śmiesznej idei.

Reasumując, miło jest czasami cofnąć się do mentalnego przedszkola i zamiast zgłębiania tajników mechaniki kwantowej, porozczulać się nad głupotami. Bądźmy poważnymi dorosłymi wtedy, kiedy życie od nas tego wymaga, natomiast w wolnych chwilach puśćmy wodzę fantazji i dajmy się czasem ponieść tej fali. A jeśli coś sprawia Ci przyjemność, to nie daj sobie wmówić, że to głupie, dziecinne i bez sensu. Bo co niby jest złego lub szkodliwego w zamiłowaniu do dinozaurów, tendencji do nadawania imion kaktusom, albo planowaniu przejażdżki na alpace? Nic. Dlatego właśnie nie powinniśmy zabijać w sobie tych małych stworzonek.
 
 
źródło:tumblr
 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz