Są takie filmy, które powinien znać
każdy. Jeśli jednak, z bliżej nieokreślonych powodów raczej
stronicie przed szufladą, w której znajdują się oblane chwalebną
sławą i legendą tytuły, to możemy sobie przybić wirtualną
piątkę.
W każde wakacje obiecuję sobie, że
aby stać się jakże światłym i obytym człowiekiem, a także nie
egzystować jak zwykły troglodyta, (nowe słowo, hę?!) sięgnę po
kilka znanych produkcji, które rzekomo zmienią moje życie na
lepsze. To zadanie zazwyczaj mnie jednak przerasta, ponieważ
odczuwam podświadomy lęk przed klasyką. Dlaczego? Każdy chyba się
zgodzi, że bycie legendą zobowiązuje do czegoś niezwykłego i
niebanalnego. Kiedy włączamy film z nastawieniem, że po jego
obejrzeniu poczujemy się jakbyśmy odkryli przysłowiowy kamień
filozoficzny, zazwyczaj czeka nas rozczarowanie. Niejednokrotnie
zastanawiałam się dlaczego dana produkcja została tak śmiało
wrzucona do worka tych najlepszych, kiedy ja widzę w niej jedynie
stereotypową historię z masą rozlanego ketchupu. No cóż, może
jestem zbyt ograniczona, albo wszystko tkwi w błędnym nastawieniu
do tematu.
Przechodząc do sedna, zdaję sobie
sprawę z tego, że pewnie jestem jedną z niewielu osób, żyjących
na tym padole łez, które nie zmierzyły się ze swoistą legendą
„American Beauty”. Jak to jednak mawiają, lepiej późno niż
wcale.
Chyba jak każdy lubię się miło
zaskakiwać. Po obejrzeniu wcześniej wspomnianej produkcji czułam,
że określenie „nie oceniaj książki po okładce” znowu się
sprawdziło. Byłam przygotowana na całkiem lekką historię,
opowiadającą o typowym panu w wieku poprodukcyjnym, podczas gdy
dostałam rasowy dramat psychologiczny. Być może opowiedziana
historia nie należy do najbardziej oryginalnych i
nieprzewidywalnych, które miałam przyjemność widzieć, akcja
snuje się raczej powoli, ale zdecydowanie warto przez nią
przebrnąć. Miłośników pościgów i wybuchów, także tych
psychologiczno-emocjonalych, odsyłam do innych tytułów. Wracając
jednak do tych, którzy tak jak ja lubią spekulować na temat
otchłani, znajdującej się w głowie każdego, nie powinniście być
zawiedzeni. Znajdziecie tutaj wiele „charakterystycznych
charakterów”, jakby to powiedziała pewna znana mi osoba.
źródło: tumblr
Nie byłabym sobą, gdybym nie
zatrzymała się dłużej brzy bohaterach. Muszę zresztą przyznać,
że to właśnie oni, a raczej dojrzewające w nich skrzywienia
umysłowe, przykuły moją uwagę najbardziej. Sama fabuła, muzyka
czy historia, nie urzekły mnie w takim stopniu.
Każdy z nas, podobnie jak główny
bohater, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, czasem mówi sobie:
„Dość. Koniec nudnego, pasywnego życia. Od dziś wszystko będzie
inaczej. Stanę się bożyszczem kobiet, a zamiast jedzenia zielonej
fasolki, zacznę palić trawkę i słuchać hardrocka”. Zazwyczaj
jednak dochodzi do momentu, kiedy zaczynamy myśleć racjonalnie i
pukamy się w czoło, dalej wiodąc swoje przewidywalne, dawne życie.
Dzięki „American Beauty” mamy możliwość śledzenia drogi
ludzi, którzy jednak poszli pod prąd normalności.
źródło: tumblr
No cóż, ludzkie fascynacje bywają
bardzo różne. Dla jednego będą to piersi Megan Fox, a dla
drugiego plastikowa torebka, tańcząca na wietrze.
Tak czy owak, każdy z nas ma w sobie
coś z wariata, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz