poniedziałek, 28 lipca 2014

Z cyklu, moja walka z klasyką filmu. „American Beauty”.

Są takie filmy, które powinien znać każdy. Jeśli jednak, z bliżej nieokreślonych powodów raczej stronicie przed szufladą, w której znajdują się oblane chwalebną sławą i legendą tytuły, to możemy sobie przybić wirtualną piątkę.
W każde wakacje obiecuję sobie, że aby stać się jakże światłym i obytym człowiekiem, a także nie egzystować jak zwykły troglodyta, (nowe słowo, hę?!) sięgnę po kilka znanych produkcji, które rzekomo zmienią moje życie na lepsze. To zadanie zazwyczaj mnie jednak przerasta, ponieważ odczuwam podświadomy lęk przed klasyką. Dlaczego? Każdy chyba się zgodzi, że bycie legendą zobowiązuje do czegoś niezwykłego i niebanalnego. Kiedy włączamy film z nastawieniem, że po jego obejrzeniu poczujemy się jakbyśmy odkryli przysłowiowy kamień filozoficzny, zazwyczaj czeka nas rozczarowanie. Niejednokrotnie zastanawiałam się dlaczego dana produkcja została tak śmiało wrzucona do worka tych najlepszych, kiedy ja widzę w niej jedynie stereotypową historię z masą rozlanego ketchupu. No cóż, może jestem zbyt ograniczona, albo wszystko tkwi w błędnym nastawieniu do tematu.
Przechodząc do sedna, zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie jestem jedną z niewielu osób, żyjących na tym padole łez, które nie zmierzyły się ze swoistą legendą „American Beauty”. Jak to jednak mawiają, lepiej późno niż wcale.
Chyba jak każdy lubię się miło zaskakiwać. Po obejrzeniu wcześniej wspomnianej produkcji czułam, że określenie „nie oceniaj książki po okładce” znowu się sprawdziło. Byłam przygotowana na całkiem lekką historię, opowiadającą o typowym panu w wieku poprodukcyjnym, podczas gdy dostałam rasowy dramat psychologiczny. Być może opowiedziana historia nie należy do najbardziej oryginalnych i nieprzewidywalnych, które miałam przyjemność widzieć, akcja snuje się raczej powoli, ale zdecydowanie warto przez nią przebrnąć. Miłośników pościgów i wybuchów, także tych psychologiczno-emocjonalych, odsyłam do innych tytułów. Wracając jednak do tych, którzy tak jak ja lubią spekulować na temat otchłani, znajdującej się w głowie każdego, nie powinniście być zawiedzeni. Znajdziecie tutaj wiele „charakterystycznych charakterów”, jakby to powiedziała pewna znana mi osoba.

 
  źródło: tumblr
Nie byłabym sobą, gdybym nie zatrzymała się dłużej brzy bohaterach. Muszę zresztą przyznać, że to właśnie oni, a raczej dojrzewające w nich skrzywienia umysłowe, przykuły moją uwagę najbardziej. Sama fabuła, muzyka czy historia, nie urzekły mnie w takim stopniu.
Każdy z nas, podobnie jak główny bohater, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, czasem mówi sobie: „Dość. Koniec nudnego, pasywnego życia. Od dziś wszystko będzie inaczej. Stanę się bożyszczem kobiet, a zamiast jedzenia zielonej fasolki, zacznę palić trawkę i słuchać hardrocka”. Zazwyczaj jednak dochodzi do momentu, kiedy zaczynamy myśleć racjonalnie i pukamy się w czoło, dalej wiodąc swoje przewidywalne, dawne życie. Dzięki „American Beauty” mamy możliwość śledzenia drogi ludzi, którzy jednak poszli pod prąd normalności.

źródło: tumblr

No cóż, ludzkie fascynacje bywają bardzo różne. Dla jednego będą to piersi Megan Fox, a dla drugiego plastikowa torebka, tańcząca na wietrze.
Tak czy owak, każdy z nas ma w sobie coś z wariata, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz