Za każdym razem gdy natrafiam na artykuł dotyczący sportu, a raczej jego uprawiania, zastanawiam się dlaczego najczęściej dzieje się tak, że ludzie zaraz po przeczytaniu, obiecują sobie zmianę swojego stylu życia na aktywniejszy, nabierają ochoty do codziennych ćwiczeń, lecz po jakimś czasie dają sobie z tym spokój, twierdząc, że nie przynosi to zamierzonego efektu. Problem tkwi zatem w nastawieniu ludzi do tego co robią. Nie spostrzegawczy „wielkiego ubytku masy” poddają się i wracają do życia prowadzonego dotychczas, które zazwyczaj okazuje się być kolejnym początkiem przeszłości. Kluczem do sukcesu jest więc motywacja, która często potrafi zdziałać cuda. Wystarczy codziennie ( wersja dla zaawansowanych) lub 3-4 razy w tygodniu(wersja dla leniuchów) poćwiczyć! Nie mówię tu a katorżniczych treningach, lecz bardziej o czymś co pozwoli nam odprężyć i zrelaksować ciało. Ja osobiście wypróbowałam już wiele, różnych aktywności fizycznych, a niektóre z nich uprawiam najczęściej. Mowa tu oczywiście o moim bieganiu, jodze( o tym już w odrębnych postach) oraz ukochanym basenie, który jest głównym sprawcą dzisiejszego zamieszania. To chyba mój ulubiony pomysł na spędzanie gorącego popołudnia, ale też deszczowego poranka( chociaż w tym przypadku kawa, której zapach roznosi się po całym domu oraz dobra książka, spokojnie pochłaniana w zaciszu mojego pokoju, to lepsze rozwiązanie), czy też nudnego wieczoru. Motywacją w moim przypadku okazał się karnet, który tak naprawdę dostałam od babci pierwszy raz w dniu 15 urodzin. Tradycja jego „przedłużania” została wcielona w życie i jest praktykowana do dnia dzisiejszego. Muszę przyznać, że jest to bardzo wygodne, bo w każdej chwili mogę wybrać się na basen nie martwiąc się o określony czas, który powinnam tam spędzić czy też bilety, które najczęściej gubię. Mój karnet nabity jest na 36 godzin, co starcza mi na pół roku, przy założeniu, że wykorzystuje jedną godzinę dwa razy w tygodniu. Uwierzcie mi, że to wcale nie jest dużo, a na pewno nie wymaga od nas jakiegoś większego wysiłku i poświęcenia. Moja standardowa godzina wygląda tak, że jej 25 min poświęcam faktycznie na pływanie( robię kilkanaście basenów, ich liczba nigdy nie jest ustalona z góry, ale staram się nie schodzić poniżej 15), następne 5 wykorzystuję na bicze wodne, które rozluźniają mięśnie, a przy okazji stanowią świetny masaż. Kolejne 10 to czysta przyjemność, czyli jacuzzi, które jest dla mnie miejscem wprost idealnym. Na koniec zostawiam sobie jakieś 20 min, żeby spokojnie móc się wysuszyć i doprowadzić do „normalnego” wyglądu. Jak widzicie to nic trudnego, a tym bardziej wyczerpującego. Po tak spędzonej godzinie wasze ciało będzie zrelaksowane i chętne do dalszej pracy. To świetny sposób na zachowanie dobrej kondycji i zdrowia, które zaprocentuje w przyszłości. Enjoy!
czwartek, 24 lipca 2014
Wszystko to kwestia motywacji i nastawienia, czyli jak zachęcić swoje ciało do współpracy-basen!
Za każdym razem gdy natrafiam na artykuł dotyczący sportu, a raczej jego uprawiania, zastanawiam się dlaczego najczęściej dzieje się tak, że ludzie zaraz po przeczytaniu, obiecują sobie zmianę swojego stylu życia na aktywniejszy, nabierają ochoty do codziennych ćwiczeń, lecz po jakimś czasie dają sobie z tym spokój, twierdząc, że nie przynosi to zamierzonego efektu. Problem tkwi zatem w nastawieniu ludzi do tego co robią. Nie spostrzegawczy „wielkiego ubytku masy” poddają się i wracają do życia prowadzonego dotychczas, które zazwyczaj okazuje się być kolejnym początkiem przeszłości. Kluczem do sukcesu jest więc motywacja, która często potrafi zdziałać cuda. Wystarczy codziennie ( wersja dla zaawansowanych) lub 3-4 razy w tygodniu(wersja dla leniuchów) poćwiczyć! Nie mówię tu a katorżniczych treningach, lecz bardziej o czymś co pozwoli nam odprężyć i zrelaksować ciało. Ja osobiście wypróbowałam już wiele, różnych aktywności fizycznych, a niektóre z nich uprawiam najczęściej. Mowa tu oczywiście o moim bieganiu, jodze( o tym już w odrębnych postach) oraz ukochanym basenie, który jest głównym sprawcą dzisiejszego zamieszania. To chyba mój ulubiony pomysł na spędzanie gorącego popołudnia, ale też deszczowego poranka( chociaż w tym przypadku kawa, której zapach roznosi się po całym domu oraz dobra książka, spokojnie pochłaniana w zaciszu mojego pokoju, to lepsze rozwiązanie), czy też nudnego wieczoru. Motywacją w moim przypadku okazał się karnet, który tak naprawdę dostałam od babci pierwszy raz w dniu 15 urodzin. Tradycja jego „przedłużania” została wcielona w życie i jest praktykowana do dnia dzisiejszego. Muszę przyznać, że jest to bardzo wygodne, bo w każdej chwili mogę wybrać się na basen nie martwiąc się o określony czas, który powinnam tam spędzić czy też bilety, które najczęściej gubię. Mój karnet nabity jest na 36 godzin, co starcza mi na pół roku, przy założeniu, że wykorzystuje jedną godzinę dwa razy w tygodniu. Uwierzcie mi, że to wcale nie jest dużo, a na pewno nie wymaga od nas jakiegoś większego wysiłku i poświęcenia. Moja standardowa godzina wygląda tak, że jej 25 min poświęcam faktycznie na pływanie( robię kilkanaście basenów, ich liczba nigdy nie jest ustalona z góry, ale staram się nie schodzić poniżej 15), następne 5 wykorzystuję na bicze wodne, które rozluźniają mięśnie, a przy okazji stanowią świetny masaż. Kolejne 10 to czysta przyjemność, czyli jacuzzi, które jest dla mnie miejscem wprost idealnym. Na koniec zostawiam sobie jakieś 20 min, żeby spokojnie móc się wysuszyć i doprowadzić do „normalnego” wyglądu. Jak widzicie to nic trudnego, a tym bardziej wyczerpującego. Po tak spędzonej godzinie wasze ciało będzie zrelaksowane i chętne do dalszej pracy. To świetny sposób na zachowanie dobrej kondycji i zdrowia, które zaprocentuje w przyszłości. Enjoy!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz